sobota, 23 listopada 2013

Rozdział 9





Nie wiedziałem co mam robić. Ruszyłem w stronę garażu. Wsiadłem do czarnego BMW i odjechałem z piskiem. Do kogo mam pojechać? Niall! On zawsze mnie śmieszy ale w odpowiednich momentach mądrze gada i umie pocieszyć. 

Skręciłem na ulice gdzie mieszka Niall. Zatrzymałem się pod domem z numerem 8. Po chwili drzwi się otworzyły, a w nich zobaczyłem panią Horan.
-Dzień dobry. Jest Niall?
-Tak, jest na górze- powiedziała otwierając szerzej drzwi.
-Dziękuję- przeszedłem przez próg i powędrowałem do pokoju blondaska. Dom Horanów był bardzo nowoczesny. Rodzice Nialla to lekarze i zarabiają dużo kasy.


-Cześć- mruknąłem wchodząc do jego pokoju.
-Hej- jak zwykle uśmiechnięty. Usiadłem na łóżku z głośnym westchnięciem.
-Co jest stary?
-Greg...- ponownie westchnąłem.
-Znowu ten skurwiel?
-Jak widać.
-Ej bo mnie boli noga...
-Co to ma do rzeczy?- spytałem zdezorientowany.
-Nic ale mam pytanie...
Zrobiłem wyczekująca minę.
Przyniesiesz mi BUDYŃ?- wyszczerzył zęby.
-Co kurwa?- On jest ciągle głodny!
-BUDYŃ! Wiesz co to?
-Nie, nie wiem.
-No weź, proszę- zrobił minę szczeniaka.
-Co ja służąca?
-Nie ale nogi masz niezłe- uśmiechnął się łobuziersko.
-Pfff...- Przy nim można zapomnieć o wszystkim.
-No ploseee..- ponownie zrobił minę pieska.
-Ech... Magiczne słowo?
-O Zaynie zasiądź swojego jednorożca i zapierdalaj po budyń- wskazał ręką na drzwi.
-Nieraz wydaję mi się, że jesteś z cyrku- powiedziałem śmiejąc się.
-Jak byłem mały chodziłem do cyrku- wzruszył ramionami.
-A ja myślałem, że mieszkałeś- powiedziałem wychodząc z pokoju.


 Zszedłem na dół i skierowałem się ku kuchni. Przy stole siedział ojciec Nialla.
-Dobry.
-O cześć Zayn- stół zawalony był stosami papierów. Nialler mówił, że jego starzy żyją tylko pracą i często nie mają dla niego czasu.
-O co Niall cię poprosił?- zapytał ściągając okulary.
-O budyń- powiedziałem powstrzymując śmiech.
-Budyń powiadasz- założył okulary i wrócił do swojej pracy.

Otworzyłem lodówkę i wyciągnąłem budyń czekoladowy.






Rozdział 8 (II część i ostatnia)




-Czemu tak źle mnie traktujesz?- w jej głosie było słyszeć ból. Moja złość momentalnie odpłynęła.
-Traktuję cię tak jak ty mnie- palnąłem bez umyślnie.
-O czym ty mówisz?- Ty się jeszcze pytasz?
-O czym ja mówię? Ty dobrze wiesz! Odkąd jesteś z tym skurwielem wydaję mi się, że ci ciągle przeszkadzam!
-Zayn...ja...- mama z drżącymi rękoma otarła łzy formujące nowe ścieżki na jej polikach.
-Co? Nie wiedziałaś?- czułem kolejną fale złości.- Ja wiem jedno. Ten koleś spierdolił naszą rodzinę... nasze życie...- mój głos zadrżał.

-Co tu się do jasnej cholery dzieje?- do pokoju jak błyskawica wpadł Greg.-Co ty jej zrobiłeś?
Nie mogłem nic z siebie wydusić. Stałem na środku pokoju i gapiłem się na niego jak kretyn.
-Zadałem pytanie- Kurwa, a ja nie mam zamiaru na nie odpowiadać.
-W dupie mam twoje pytanie- syknąłem.
-Jestem z twoją matką, więc odnoś się do mnie z szacunkiem. 
-Może jesteś, ale nigdy nie zastąpisz mi ojca- poczułem gule w gardle. Zacisnąłem mocno pięści.
-Nie mam zamiaru być ojcem takiego dupka.
-To dobrze- szarpnąłem klamkę i zbiegłem na dół.
-Wracaj jeszcze z tobą nie skończyłem- usłyszałem wściekły głos Grega.
-A ja z tobą tak!- krzyknąłem i zatrzasnąłem drzwi najmocniej jak umiałem.





wtorek, 12 listopada 2013

Rozdział 8 (część I)

Witajcie!

Przepraszam, że dawno nie dodawałam rozdziału. Zbytnio nie mam dostępu do komputera, więc rozdziały będę próbować dodawać co tydzień. Bardzo przepraszam i proszę o zrozumienie. ;)

PS Dzisiejszy rozdział będzie w II częściach. xx

/YOLO


*****************************************************************



                           Zayn



Stałem chwile i patrzyłem na drzwi. Nie wiedziałem, czy mam się śmiać. Miałem dużo dziewczyn, ale żadna nigdy nie wycofała się z pocałunku. właśnie to sprawiało, że była inna, wyjątkowa. Dlatego się nie poddam. Mam na nią straszną ochotę.


Uśmiechnąłem się sam do siebie. Odwróciłem się na pięcie i wszedłem na ulicę. Oby Greg (ten głupi facet, który mieszka w moim domu) nie ogarnął, że wyszedłem, bo będę mieć przejebane.


Na dworze było już jasno. Po ulicy pędziły samochody. Zapewne kierowcy spieszą się do pracy. Jak można pracować w wakacje? U mnie to tylko imprezy, dziewczyny, alkohol i przyjaciele. Bez tych gości moje życie nie byłoby takie jakie jest.


Spojrzałem na zegarek. Co kurwa?! 5.30?! Greg pewnie już wstał. Biegiem ruszyłem w stronę domu. Po 10 minutach dysząc wślizgnąłem się przez drzwi. Nikt nie wstał. Dzięki bogu. Po cichu wszedłem na schody.


-Dzień dobry, Zayn - kurwaa... Odwróciłem się i wyszczerzyłem zęby w sztucznym uśmiechu.

-Cześć mamo- mruknąłem.
-Co ty robisz?- jej mina była kamienna.
-Idę?
-Zaynie Javaddzie Maliku, widzę, że bawi cię ta sytuacja, bo mnie nie. Gdzie byłeś?- skrzyżowała ręce na piersi.
-Nigdzie- nie patrząc na jej reakcje wszedłem na ostatni stopień, a następnie do swojego pokoju. Odkąd Greg się wprowadził zrobiła się oschła i taka poważna. Zawsze była wyluzowaną, normalną mamą. A teraz? 

Nie cierpię tego gościa. On według mnie też ma takie uczucia. Zazdroszczę moim siostra, które mieszkają z ojcem w Londynie. Szkoda tylko, że niezbyt dobrze się z nim dogaduję. Kilka miesięcy temu miałem zostać w Anglii. Bardzo kochałem moją mamę, dlatego nie chciałem zostawić jej samej. Wyjechaliśmy na Hawaje. Nie żałuje, bo poznałem tu naprawde niesamowitych ludzi. Dobrze, że zmieniłem szkołę. Tam w Londynie miałem 'małe' problemy, w moim przypadku to jednak znaczy duże. Bójki, spóźnienia, wagary, pały (oceny)itp.


-Zayn- otrząsnąłem się, gdy usłyszałem spokojny damski głos. Odwróciłem głowę. W progu stała moja mama.

-Co?- powiedziałem oschle. Czułem złość od myśleniu o Gregu.
-Czemu tak źle mnie traktujesz?






środa, 30 października 2013

Rozdział 7


Rozmawialiśmy bardzo długo. Zerknęłam wreszcie na zegarek. 04?!
-Zayn nie chcę cię martwic, ale jest chyba późno- wskazałam palcem na zegarek.
-Raczej wcześnie- posłał mi ten jeden z jego najsłodszych uśmiechów.-To może ja już będę się zbierał.
-Tak wcześnie?- oboje się zaśmialiśmy.
-Przyjdę po ciebie jutro... em to znaczy dzisiaj o 13. Ok?- podniósł się z ziemi i podał mi rękę. Położyłam swoją dłoń na jego ogromnej. Po chwili stałam tuż przednim.
-Ok-powiedziałam-Jak już wychodzisz, to wyjdź przez drzwi.
-Zabierasz mi frajdę- otworzył drzwi i wskazał ręką. Weszłam na korytarz, a Zayn tuż za mną.

-Błagam tylko cicho- szepnęłam z błagalnym wzrokiem.
-Dobra,dobra- tak mi się wydaję, że miał zamiar zapalić światło. Szybko dostać kuksańca w bok.
-Ała. A to za co?
-Nie zapalaj.
-Chcesz się o coś zabić?- przekrzywił głowę w bok.
-Raczej nie, ale obudzisz rodziców i zrzędę- zachichotał.
-To co.
-A to, że będą się później czepiać- powiedziałam szybko.

Schodziliśmy po schodach. Nagle nie wiem jak potknęłam się o własne nogi. Ześlizgnęłam się z jednego schodka. Poczułam jak ktoś łapię mię za ramię.


-A nie mówiłem, że się zabijesz?- jego konciki ust uniosły się i uformowały przepiękny uśmiech.

-Jak widzisz żyję.

Usłyszałam skrzypienie drzwi. Złapałam Zayna za rękę i popędziłam na dół.

-Co ci?- spytał z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
-Nie słyszałeś jak ktoś wychodzi z pokoju?- wyprowadziłam go z domu, a sama stanęłam na wycieraczce zamykając po cichu drzwi.

-Słyszałem, ale czemu uciekasz?
-Nie uciekam. Po prostu jak cię zobaczą to będą gadać, że z tobą jestem itp-powiedziałam na jednym wdechu.
-A to źle?- zdecydowanie zmniejszył dystans między nami.
-Co nie...- mój oddech przyspieszył razem z biciem serca. Poczułam jak moje policzki oblewają gorące, czerwone plamy. 

Spojrzałam mu prosto w oczy. W jego miodowych tęczówkach można by tonąć i tonąć... Wbiłam wzrok w jego malinowe usta. 

Zayn zauważył, że się na niego gapię. Odchrząknął i zachichotał. Na mojej twarzy pojawiły się rumieńce wstydu.
-Słodko wyglądasz jak się rumienisz- przejechał palcem po moim prawym poliku. Położyłam rękę na jego torsie. Poczułam idealnie wyrzeźbioną i umięśnioną klatkę piersiową. Widziałam rozbawienie Zayna.

-Podoba ci się?- zobaczyłam blask w jego oczach. Pierdolone rumieńce znowu oblały moje poliki. Zawsze pojawiały się, gdy Zayn mówił coś miłego w moim kierunku. Tylko przy nim czułam się taka ważna i znacząca. Przy nim zapominałam jak oddychać. Nigdy nie zachowywałam się tak przy żadnym chłopaku, a zwłaszcza jak byłam z Justinem (moim byłym). Miałam w dupie czy uzna mnie za idiotkę, on był zwykłym dupkiem, a Zayn? Wydaje mi się, że coś dla niego znaczę. A może to tylko złudzenie? Może śnię o takim idealnym chłopaku jak Zayn. Tak naprawdę nic o nim nie wiem. Wydaje się spoko. Mogłabym codziennie patrzeć w jego oczy i nigdy by mi się to nie znudziło.

-Czemu się tak na mnie patrzysz?- jego konciki ust podniosły się do góry.
-Em...przepraszam- w moim głosie można było usłyszeć wstyd, zażenowanie. Spuściłam głowę i zaczęłam bawić się palcami. Moje paznokcie zdawały się bardziej interesujące niż kiedyś. Poczułam znane uczucie na policzkach.

-Mi to wcale nie przeszkadza- ujął mój podbródek w dłoń. Uniósł go do góry na taką wysokość, żebym znowu mogła zatopić się w jego miodowych tęczówkach. Powoli zaczął się do mnie zbliżać. Nadal patrzył mi głęboko w oczy. Dobrze wiedziałam co chciał zrobić.

-Nie ja nie mogę- szybko odskoczyłam i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Po mojej głowie chodziły tylko myśli typu "Co ja właśnie zrobiłam?!" albo "Ale z ciebie idiotka!". Sunęłam się po drzwiach i opadłam na ziemię. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy, gdy doszłam do tego, że właśnie go straciłam.






Rozdział 6





                         Katherine


Moje nogi momentalnie zrobiły się jak z waty.Patrzyłam tylko jak odchodzi. Pewnie poczuł, mój wzrok na sobie. Odwrócił się i puścił mi oczko. Cholera!


-No nareszcie- podskoczyłam i szybko się otrząsnęłam.

-Boże to ty- położyłam rękę na piersi. Moje serce biło jak oszalałe. Nie wiem, czy przez to, że się przestraszyłam, czy przez to co przed chwilą zaistniało z Zaynem. Ciągle czułam jego ciepły oddech na policzku.
-Nie ty smerf- przewróciła oczami.-Otwórz wreszcie te drzwi!
Wyciągnęłam klucze z torebki i włożyłam w zamek. Po chwili byłyśmy już w kuchni.
-Zadzwoń do rodziców- powiedziała otwierając lodówkę.
-Nie mam telefonu, ty zadzwoń.
-Ech...

Usłyszałam dzwonek. Rodzice już wrócili! Telefon!


Rzuciłam się szybko w stronę drzwi.

-Już jesteście- nie myliłam się.
-Tak, a co źle, że już przyszliśmy.
-Eee... nie? Macie mój telefon- spytałam z nadzieją.
-Jaki telefon?- tata zmarszczył czoło.
-Cholera- mruknęłam.

Szybko wbiegłam po schodach i wparowałam do pokoju. Na ścianach wisiały lampki, przypominające świąteczne, które oświetlały pokój różowo-niebieskim światełkiem. Pod nimi stało łóżko, na którym leżał laptop. Włączyłam go i zalogowałam się na facebook'a. Dzięki bogu, Zayn jest dostępny. Odważyłam się napisać.

"Hej. ;)" 
"Hej. Co u ciebie? x."
"Dobrze. Słuchaj jest taka sprawa."
"Wal śmiało.  x."
"Telefon..." poczułam, że moje poliki oblewają rumieńce.
"Haha. Przyniosę ci go.  x."
Zapewne się ze mnie śmieję.
"Dzięki." napisałam i wyłączyłam komputer.

Założyłam biały t-shirt i czarne szorty. Było około... Co?! 01 w nocy? Otworzyłam drzwi od pokoju. Ciemno. Pewnie już śpią. Z powrotem wgramoliłam się na łóżko. Powoli pogrążałam się w krainie snów, gdy naglę usłyszałam pukanie. Podniosłam się szybko. Mój wzrok powędrował na okno. Zauważyłam postać o ciemnych włosach. Idiotko, w takiej ciemności każdy miałby ciemne włosy. Podeszłam niepewnie bliżej. Zayn?! Otworzyłam okno jak najszybciej.

- Co ty ćpałeś?- byłam trochę wkurzona. Mogło mu się coś stać.
- Nic, ale piłem soczek- ukazał rząd białych zębów. Wyglądał jak małe dziecko, które zacieszało, bo dostało lizaka.

Po chwili stał już przede mną. Wyciągnął rękę i podał mi telefon.
-Dziękuję- uśmiechnęłam się słodko.
-Nie ma za co- odwzajemnił mój gest.
-Wiem może do czego służą drzwi?- zapytałam mrużąc oczy.
-Chyba nie- zrobił smutną minę i pokręcił znacząco głową.
-Widać...






sobota, 26 października 2013

Rozdział 5




Wieczór zapowiadał się miło. Była jedna rzecz, która mnie dziwiła. Zayn był taki sztywny przy swoim ojcu.


Około 22 do taty zadzwoniła Carly. Mówiła, że musimy już wracać, bo nie wzięła kluczy. Rozmawiałam akurat z Zaynem. Naszą konwersację przerwała mama.


- My się już będziemy zbierać - moja rodzicielka wstała i chwyciła swoją torebkę. - Musimy dać klucz naszej córce.
- Zostańcie jeszcze - zgadzam się z panią Malik.
- No to wy zostańcie, a ja zaniosę jej te klucze - zaproponowałam.
- Nie, jest już ciemno - ta opiekuńczość mojej mamy mnie wykończy.
- Pójdę z nią - odezwał się Zayn.

Zrobiłam minę szczeniaka do mamy.

- No dobrze - wstałam z krzesła i cmoknęłam moją mamę w policzek.
- Dzięki.

Byliśmy już w połowie drogi do mojego domu. Księżyc wisiał nad nami i oświetlał nam drogę.

- Nudziło ci się, co nie ? - odezwał się Zayn. 
- Nie było... miło. Szczerze to gdyby nie ty to bym się tam zanudziła - przystanęłam na chwilę.
- Coś nie tak? - Zayn zbliżył odległość miedzy nami. Ale ze mnie sierota. Kiedy siedzieliśmy przy stole chciałam sprawdzić, która godzina. Wyciągnęłam telefon z torby, a potem położyłam go na stole. Kurwaaa...
- Em.. No bo ja zostawiłam u ciebie telefon - spojrzałam na niego marszcząc czoło. Z jego ust wydobył się śmiesz. Spojrzałam na niego z grymasem.
- Jakim cudem? - nie zeszczaj się tylko...
- Nie wiem... - powiedziałam ze złością, ale też z niepewnością.
- Dobra chodź, najpierw zaniesiemy te klucze. Wyśle mamie SMS'A i twoi rodzice wezmą telefon - spojrzałam przed siebie i zaczęłam iść szybkim krokiem. Można powiedzieć, że prawie biegłam.
- Czekaj no! - słyszałam jego chichot.


                            Zayn

- Długo jeszcze? - zapytałem dysząc. Szliśmy już jakąś godzinę.
- Moja wina, że się tak wleczysz? - zaczęła iść szybciej i posłała mi łobuzerski uśmiech.
- Tak chcesz się bawić? - ruszyłem biegiem za nią.

Obejrzała się do tyłu i ruszyła na przód. Złapałem ją za rękę i przyciągnąłem do swojego torsu. Chciałem ją pocałować, ale się wyrwała i znowu zaczęła biec. Weszła na drogę prowadzącą do parku.

- Wolniej nie umiesz? - zawołała.
- Umiem - uśmiechnąłem się zadziornie.
- Zmęczyłam się - powiedziała dysząc.
- Naprawdę? - powiedziałem sarkastycznie.

Prychnęła. Usiadła na ławce i ściągnęła z nóg baleriny.
- Bolą? - usiadłem koło niej i spojrzałem na jej pięty. Były całe czerwone.
- Strasznie - zaczęła masować swoje stopy.
Rozwiązałem sznorówki i ściągnąłem czarne conversy z nóg.
- Co ty odpierdalasz? - wyszczerzyła te swoje błękitne oczka. Położyłem buty na ziemi.
- Załóż je - wskazałem głową na conversy.
- Dobrze się czujesz? 
- Cudownie - odpowiedziałem i wziąłem buta do ręki. Wsunąłem obuwie na jej stopę.
- Zayn... - zaczęła, ale jej przerwałem.
- Przecież nogi cię bolą.
- No tak... 
- To nie narzekaj.

Poczułem wibracje w kieszeni. Chwyciłem telefon w dłoń.
- Odbierz - po jej słowach przeciągnąłem zieloną słuchawkę.
- Halo? - w telefonie usłyszałem damski głos.
- Ty to? - zapytałem zdezorientowany. Paplała coś, a ja nie wiedziałem kto to.
- Carly.
- Aaa. Co chcesz?
- A wiesz czekam se pod drzwiami już godzinę, umieram z głodu. Nic ważnego - mieliśmy zanieść jej klucze. Ups...
- Jak wszystko ok, to po co dzwonisz? - spytałem sarkastycznie.
- Ruszcie te dupska i zapierdalajcie dać mi te jebane klucze! - zaczęła drzeć się do słuchawki.
- Co tak wulgarnie? Niegrzeczna dziewczynka - zaczęła przeklinać pod nosem, po czym powiedziała:
- Ruszcie się - rozłączyła się.

Uśmiechnąłem się do Cat.
- Kto to?
- Twoja kochana siostra - wyszczerzyłem zęby.
- Klucze! - szybko podniosła się z ławki. - Mieliśmy zanieść jej klucze. Ojć... - uśmiechnęła się figlarnie. - Mam przerąbane.
- Niee, obronię cię - powiedziałem napinając się.
- Hahah, ty ledwo ołówek podnosisz - weszła na ścieżkę, która prowadziła do skrótów. 
- Co ty powiedziałaś?
- Do tego, że z siłą 10-latka, to jeszcze głuchy.
Ruszyłem w jej stronę. Złapałem ją w talii i przerzuciłem przez ramię.
- Co ty do cholery robisz? - w ogóle nie zwracałem uwagi na to, że wali mię pięściami w plecy.
- Jak przeprosisz to cię postawię.
- Chyba śnisz - powiedziała i ścisnęła materiał mojej koszulki.
- Nie to nie - uśmiechnąłem się kiedy usłyszałem jej westchnięcie.
- Ech... Przepraszam cię za to, że nie masz siły i jesteś głuchy - postawiłem ją na ziemi.
- Może być.
- Dobra chodź, bo już mi się dostanie.

Całą drogę się śmialiśmy. Objąłem ją w talii na co się nie sprzeciwiła.
- To już tu - wskazała na biały dom.
- Super się bawiłem - zatopiłem się w jej niebieskich tęczówkach.
- Ja też. Dobra lecę. Papa - cmoknąłem ją w policzek. Zarumieniła się. Słodko wyglądała.
- Oddasz mi buty - spytałem z uśmiechem na twarzy.
- Co? Aaa. Oczywiście - zsunęła je ze swoich małych stopek.
Włożyłem je i zmniejszyłem dystans między nami.
- Do jutra - wyszeptałem jej do ucha. 













środa, 23 października 2013

Rozdział 4





                            Katherine


- Mamo już jesteśmy! - ściągnęłam conversy i weszła do kuchni.

- U babeczki. Mamo ty wiesz jak ja cię kocham - objęłam moją rodzicielkę. Wzięłam w rękę babeczkę. 
- O nie kochana, to nie dla ciebie - zabrała mi ją i odłożyła na miejsce.
- No weź tylko jedną - zrobiłam minę szczeniaka.
- Nie, to wszystko jest na dzisiejszą kolację.
- To dzisiaj? Mamo, muszę iść? 

Tata pracuję w firmie jakiegoś faceta. Musi się z nim spotkać. Ten koleś zaprosił całą rodzinę. Mamy iść do niego do domu. Jego firma bankrutuje. Facet narobił se długów i mój tata ma przez to problemy z pracą.


- Katherino masz iść z nami na tą kolację. Nie chcesz chyba rozczarować ojca?

- No nie... - jezu ja się tam zanudzę na śmierć.
-Idź się powoli szykuj, bo jak Carly wejdzie do łazienki to przez 2 godziny nie wyjdzie - odpowiedziałam jej westchnięciem.

Weszłam do pokoju. Przygotowałam jasno-różową sukienkę w koronkę. Hm... Carls powinna się szykować.


Wparowałam do jej pokoju. Leżała na łóżku i gadała przez telefon.


- Carly? 

- Cii - przyłożyła palec do ust.

Boże. Podeszłam do niej i wyrwałam jej telefon z ręki. Przeciągnęłam palcem po ekranie.


- Co ty do cholery robisz?

- Rozłączam się, nie widać? - wstała z łóżka i ruszyła w moją stronę. Zaczęła wyrywać mi jej komurke z ręki.
- Ogarnij się idiotko! - oddałam jej ten pierdolony telefon.
- Czego chcesz? - kurwa jednorożca wiesz ?
- Idziesz na ta kolację do szefa taty? - próbowałam się opanować, ale przy tej kobiecie nie da rady.
- Nie - odblokowała telefon i zaczęła klikać.
- Co? Dlaczego? Mama wie? - wyszczerzyłam oczy. Mi nie pozwoliła, a jej?!
- Idę z Mandy do centrum i tak mama wie - niesprawiedliwość...
- Nie wierze. Co ci powiedziała? - czemu to zawsze jej musi na wszystko pozwalać?
- Najpierw coś gadała, a później się zgodziła - tak tera to potwierdzone... Zanudzę się tam na śmierć.Papa świecie...
- Bądź dobrą siostrą i pójdź ze mną.Ja tam normalnie zasnę!
- Nie zaśniesz. Syn szefa jest mega ciachem. Ja bym się ciągle na niego lampiła, ale Liam i tak lepszy - a co mnie do cholery jakiś koleś obchodzi?

- Cat szykuj się! - usłyszałam krzyk mojej mamy. Westchnęłam i poczłapałam do pokoju i założyłam sukienkę. Zrobiłam lekki makijaż i spięłam włosy w koka. Ubrałam moje ulubione balerinki.

- Cat pospiesz się! - wyjrzałam przez okno. Tata siedział już w samochodzie.
- Już idę - mruknęłam.

Sekundę później byłam już na dole.
- Jesteśmy już spóźnieni - syknęła moja rodzicielka.
- Bardzo mi przykro - rzuciłam szybko. Mama zauważyła, że to nie było szczere. Taka prawda.
- Dziecko no chodź - szybkim krokiem ruszyłam w stronę samochodu.

- Już wiem po kim Carly ma to długie szykowanie się - to już przesada tato. Usiadłam z tyłu i nic nie mówiłam. Słyszałam tylko poszczególne 'komplementy' od mamy w moją stronę.

Po 10 minutach byliśmy już pod domem tego kolesia. Jaki on duży.
- Łoł - nic innego nie udało mi się powiedzieć.
Ocknęłam się gdy zobaczyłam jak rodzice idą w stronę drzwi. Mama nacisnęła dzwonek.
Drzwi otworzyła niska kobieta o innej cerze niż zwykłe osoby około pięćdziesiątki. Wyglądała młodo. Mulatka wpuściła nas do środka.

- Witaj Elizabeth - odezwała się moja mama.
- Cześć Margaret - kobieta uśmiechnęła  się szczerze. Ona kogoś mi przypominała, ale kogo?
- Idźcie do jadalni, a ja pójdę po mojego syna - posłusznie udaliśmy się do jadalni . Jak tu ładnie. Żyrandol z małych kryształków, białe ściany, szklany stół. Przez chwilę poczułam się jak w jakimś zamku.

- Synu pospiesz się - usłyszałam głos tej kobiety dochodzący z góry. Ciekawe czy to prawda co mówiła Carly. Moją uwagę przyciągnęły fotografie stojące na komodzie obok. Nie zdążyłam przyjrzeć się osobie na zdjęci, bo do pokoju wszedł chłopak ubrany w czarne jeansy i biały t-shirt. Nie wierzę...

- Zayn? - nie spodziewałam się, że go spotkam, a zwłaszcza tu. Zayn nie wyglądał na poukładanego człowieka jak jego mama.
- Cześć Cat - widać cieszył się z naszego spotkania.
- O już jesteś - do pokoju weszła jego mama.- To jest mój syn Zayn.
- My się znamy - powiedział i uśmiechnął się do mnie.
- Naprawdę? To dobrze. Oj ja się jeszcze nie przedstawiłam. Elizabeth Malik - podała mi swoją rękę.
- Katherine Vega - uścisnęłam jej dłoń.
- Ale ty jesteś ładniutka - moje policzki oblały rumieńce. Nikt nie mówi mi takich rzeczy często. Zza ramienia pani Malik spojrzałam na Zayna. Z jego twarzy nie schodził uśmiech. Nieraz wydaje mi się, że jest słodki...